środa, 2 listopada 2016

Nie ma Boga są klony

Po publikacji poprzedniego posta życie kazało mi w ekspresowym tempie pozmieniać priorytety... a może nie tyle co pozmieniać, ale przesortować i poukładać w odpowiedniej kolejności.

Zadziwiające. Zadziwiające i smutne trochę, że człowiek potrzebuje kryzysu, kłótni, problemów, żeby uświadomić sobie co w życiu ważne.

Ilu przygnębionych i smutnych ludzi chodzi po świecie tylko dlatego, że idą w złym kierunku. W kierunku nadanym przez hajs, opinie innych ludzi - w większości gówno warte opinie, pogoń za tym co akurat modne.

Jakim byłam od rana wściekłym człowiekiem, bo dzień wcześniej nie wstawiłam prania i musiałam ubrać bluzkę, która nie pasowała do spodni.

Jak bardzo źle czułam się w swoim ciele w towarzystwie szczupłych koleżanek. Koleżanek, które zdąrzyły się przed wyjściem z domu pomalować, bo ja akurat nie. Bo zanim wyszłam z domu jedną ręką wycierałam z podłogi rozlane mleko, a drugą kończyłam obiad.

I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Wszystkie te parszywe uczucia siedziały we mnie, "bo co ludzie powiedzą".

Moja wiara bądź niewiara w Boga nadal nie jest określona, ale usłyszałam kiedyś mądre słowa. Wszyscy kiedyś umrzemy i jeśli Bóg faktycznie istnieje to w ostateczności nasze życie będzie sprawą tylko między nami a Bogiem. Nikt nie stanie przed nim za nas, nikt nie będzie się za nas tłumaczył.

No więc pierdolę to. Teraz wychodzę na balkon i krzyczę jeśli mam na to ochotę. Jeśli mam ochotę to idę do baru i się upijam, a w konsekwencji następnego dnia leczę kaca zamiast zastanawiać się co myślą o mnie sąsiedzi. Jem z dzieckiem lody w środku zimy, a komentarze, że co ze mnie za matka wpuszczam jednym uchem, żeby od razu wypuścić drugim.

Kiedyś wszystko wydawało mi się prostsze, mniej skomplikowane. Niestety dorosłość nie jest ani prosta, ani nieskomplikowana. Po co więc to sobie dodatkowo utrudniać?

Co nabrało dla mnie sensu w roku 2018